Wyszukiwarka
Zaloguj się
M. Lityński, K. Polińska. Szlak wodny Czarna Hańcza z Kanałem Augustowskim i Blizną
Absolutny biały kruk wydawnictw turystycznych. Przewodnik rarytas. Książeczka w zasadzie nie do zdobycia. A w niej dokładny opis (z mapami w skali 1:75000) tras spływu. PRL-owski sposób na wakacje i na spędzanie wolnego czasu (ale nie weekendów, bo czegoś takiego wówczas nie było: w PRL-u wolne były tylko niedziele i święta, w soboty trwała normalna nauka i praca - choć w trochę krótszym czasie). Książka powstała w świecie całkiem minionym, bo w PRL-u aktywne spędzanie wolnego czasu oznaczało prawdziwy, aktywny i naturalny wypoczynek (a nawiązując do samej książki: po całym dniu spływu czekał nocleg w namiocie rozbitym gdzieś, na krzywym brzegu, posiłek ze złowionych ryb, usmażonych na ognisku i orzeźwiająca mięta zaparzona z liści zerwanych nad wodą), a nie parkowanie kampera i popisywanie się modnymi zajęciami, przerabianymi ku zadowoleniu dziesiątek, całkiem zbędnych aplikacji i ku żenującej, kabotyńskiej autoprezentacji "na forach". Książka natomiast jest owocem, a jednocześnie poradnikiem, prawdziwej turystyki oraz rzeczywistym świadectwem i wzorem do naśladowania w umiłowaniu pięknego kraju. Kraju też minionego, bo jeszcze nie zniszczonego przez fantazmaty ekologiczne, kraju naturalnego, prawdziwego, gdzie dzikość współistniała z polami, łąkami, stawami, lasami... . Czego chcieć więcej? Czy jednak dzisiaj taki rodzaj wypoczynku - by tak rzec: "wypoczynku vintage" - znajdzie naśladowców? Wówczas, gdy powstawała książka, nikt nie mówił o "ekologii", a wszyscy (normalni, nie patologie) żyli i działali normalnie i zdrowo. Dzisiaj dziki ranią i mordują ludzi w miastach, a wbity w obcisłe trykoty i obwieszony miernikami spocony biegacz (wielu płci) przekonany jest, że ćwiczy "prozdrowotnie", bo przebiegł dookoła bloków ileś tam tysięcy kroków (o czym oczywiście niezwłocznie zamieścił relację w sieci). Książka warta zainteresowania, bo jeśli nawet złoty wiek prawdziwej turystyki już nie wróci, to sama lektura książek z tej serii może być miłym relaksem i wypoczynkiem.
Marek Lityński, Jan Goleń. Drwęca oraz Wel i Pojezierze Brodnickie
PRL-owski sposób na wakacje i na spędzanie wolnego czasu (ale nie weekendów, bo czegoś takiego wówczas nie było: w PRL-u wolne były tylko niedziele i święta, w soboty trwała normalna nauka i praca - choć w trochę krótszym czasie). Książka powstała w świecie całkiem minionym, bo w PRL-u aktywne spędzanie wolnego czasu oznaczało prawdziwy, aktywny i naturalny wypoczynek (a nawiązując do samej książki: po całym dniu spływu czekał nocleg w namiocie rozbitym gdzieś, na krzywym brzegu, posiłek ze złowionych ryb, usmażonych na ognisku i orzeźwiająca mięta zaparzona z liści zerwanych nad wodą), a nie parkowanie kampera i popisywanie się modnymi zajęciami, przerabianymi ku zadowoleniu dziesiątek, całkiem zbędnych aplikacji i ku żenującej, kabotyńskiej autoprezentacji "na forach". Książka natomiast jest owocem, a jednocześnie poradnikiem, prawdziwej turystyki oraz rzeczywistym świadectwem i wzorem do naśladowania w umiłowaniu pięknego kraju. Kraju też minionego, bo jeszcze nie zniszczonego przez fantazmaty ekologiczne, kraju naturalnego, prawdziwego, gdzie dzikość współistniała z polami, łąkami, stawami, lasami... . Czego chcieć więcej? Czy jednak dzisiaj taki rodzaj wypoczynku - by tak rzec: "wypoczynku vintage" - znajdzie naśladowców? Wówczas, gdy powstawała książka, nikt nie mówił o "ekologii", a wszyscy (normalni, nie patologie) żyli i działali normalnie i zdrowo. Dzisiaj dziki ranią i mordują ludzi w miastach, a wbity w obcisłe trykoty i obwieszony miernikami spocony biegacz (wielu płci) przekonany jest, że ćwiczy "prozdrowotnie", bo przebiegł dookoła bloków ileś tam tysięcy kroków (o czym oczywiście niezwłocznie zamieścił relację w sieci). Książka warta zainteresowania, bo jeśli nawet złoty wiek prawdziwej turystyki już nie wróci, to sama lektura książek z tej serii może być miłym relaksem i wypoczynkiem.
54,14 zł
The Kinks Live At Kelvin Hall, płyta winylowa
Nagrania koncertowe, choć w tym wypadku trudno mówić o muzyce, a bardziej można to wydawnictwo potraktować jako dokumentalny zapis histerii i szaleństwa. Są nagrania na żywo wybitne, które utrwalają mistrzostwo muzyków, ich zdolności improwizacji oraz wspaniałą współpracę i współgranie z publicznością, a z drugiej strony są nagrania "socjologiczne", mało muzyczne, a za to bardzo obyczajowe. Prezentowane wydawnictwo należy do tej drugiej kategorii: na płycie The Kinks chyba tylko raz zapanowali nad zgrają rozwrzeszczanych dzieciaków, reszta jest zapisem walki, w której zdaje się chodzić jedynie o to, kto kogo zagłuszy. "Live at Kelvin Hall" to występ, jakich było wówczas sporo. Zapis szaleństwa, które w dużej mierze było efektem zachowania samych muzyków, i które może być wytłumaczeniem, dlaczego wiele zespołów nastawionych bardziej na granie, niż na nieopanowaną ekspresję, rezygnowało z publicznych występów.
Poszukiwany, Poszukiwana. Kaseta VHS
Ile jest cukru w cukrze? Ile jest komedii w komedii? PRL-owski humor: świat zwariowany, ale normalny, tzn. z naturalnym i oczywistym podziałem na dobro i zło. Wiadomo było, że ustrój PRL-u to zło, głupota, kłamstwo i nędza, ale tylko dlatego można było to dostrzec i ocenić, bo zachowany był w pamięci i świadomości ludzkiej system wartości ponadczasowych - jako ponadczasowy system normatywny. Byli też normalni, dobrzy ludzie, którzy zachowywali, chronili i przekazywali to dziedzictwo tradycji. I jeszcze żyła w ludziach nadzieja: w PRL-u była nędza, ale wierzono, że "na zachodzie" jest dobrze, normalnie i bogato. No i wreszcie był Kościół, który bronił wiary, dobra i prawdy. Był zatem oczywisty podział na prawdę i fałsz, na piękno i brzydotę oraz na świat - co chyba najważniejsze - kulturalny i na prostacki. My i oni. Teraz świat jest nie tylko zwariowany, ale jest przede wszystkim nienormalny i to państwowo nienormalny, bo to, co normalne jest instytucjonalnie niszczone. Świat PRL-u bis, tzw. "wolna, demokratyczna Polska", to państwo stworzone przez gangsterów, agentów służb, skorumpowanych karierowiczów, nie-Polaków, zwyrodnialców seksualnych, niedouczonych ignorantów oraz kretynów w sensie klinicznym i psychopatów (obojga płci, choć z parytetem zachwianym - o dziwo! - "na korzyść" kobiet), itp., więc nic dziwnego, że jest bałwochwalczą kopią globalnego chaosu. Jedynym celem skorumpowanych i służalczych wobec innych państw "elit okrągłostołowych" jest władza (Orwell, 1984: "celem władzy jest władza"), a więc zniszczenie wszystkiego co dawało Polakom i Polsce siłę: rodziny, szkoły, nauki, gospodarki (górnictwa, energetyki, rybołówstwa, telekomunikacji, rolnictwa, itd.), bo za tę niespotykaną w historii autodewastację są utrzymywani i opłacani przez obcych władców marionetek. Więc dla marnego, doczesnego, własnego zysku, za lichy jurgielt, sprzedaliby nawet swoją matkę. Po-okrągłostołowy świat sprzeczny jest również z naturalnym porządkiem rzeczy: to świat dewiantów nazywających zło dobrem, chlubiących się nieumiejętnością odróżnienia prawdy od fałszu, twierdzących, że brzydota jest pięknem, pławiących się w brzydocie, gwałcącym prawa naturalne i stanowione. Oto współczesność: świat degeneratów zmuszających innych do "empatii" dla swoich zdeprawowanych i obrzydliwych wynaturzeń. I nie dość, że zaburzenia mentalne narzucane są jako norma, to jeszcze aparat państwowy - stosując faszystowskie i totalitarne represje - penalizuje zdrowe i naturalne zachowania ludzi normalnych. I na koniec katastrofa prawdziwa: Kościół - jego judaszowa hierarchia - jako służalczy lizus i naśladowca możnych tego świata. Zło nie zna granic, więc jest to świat potwornie agresywny, chamski, wulgarny, prostacki i prymitywny... Oto prawdziwy świat "wolnej Czeciej", oto "demokracja" magdalenkowa. "Demokracja" w cudzysłowie, bo kto się orientuje w kulisach obowiązującej w PRL-u bis metody głosowania i liczenia głosów? Kto zna podstępne tajniki "demokratycznej" metody d'Hondta? Kto się zgadza na koalicyjne układy, dzięki którym rządzą partie kanapowe i przegrane? Państwo totalitarnej propagandy, państwo z dykty, śmierdzącej rozkładem i zgnilizną - styropianowa, nepotyczna "elyta" ("miałeś chamie złoty róg") w korupcyjnym sosie. Czy dziwi zatem zaskakujące zjawisko, że niektórzy szukając ucieczki przed państwowym fałszem, ideologicznym zniewoleniem i powszechnym zbydlęceniem wracają do komedii Barei? Do PRL-owskiego świata co prawda zwariowanego, ale jednak w poczuciu, że istnieje dobro i zło, to przecież świata normalnego i mimo wszystko kulturalnego. Mężczyzna "przebrany za babę" w komedii śmieszył (by wspomnieć dodatkowo "Pół żartem, pół serio"), ale bez artystycznych ram, na serio, co najmniej żenuje. Zbigniew Herbert uznał, że niezgoda na ustrój PRL-u była kwestią smaku. To co by powiedział dzisiaj? Dzisiaj dostałby bana za mowę nienawiści - od naczelnego szefa propagandy "polskojęzycznej gazety dla tubylców".
Zbigniew Galiński, Brda
PRL-owski sposób na wakacje i na spędzanie wolnego czasu (ale nie weekendów, bo czegoś takiego wówczas nie było: w PRL-u wolne były tylko niedziele i święta, w soboty trwała normalna nauka i praca - choć w trochę krótszym czasie). Książka powstała w świecie całkiem minionym, bo w PRL-u aktywne spędzanie wolnego czasu oznaczało prawdziwy, aktywny i naturalny wypoczynek (a nawiązując do samej książki: po całym dniu spływu czekał nocleg w namiocie rozbitym gdzieś, na krzywym brzegu, posiłek ze złowionych ryb, usmażonych na ognisku i orzeźwiająca mięta zaparzona z liści zerwanych nad wodą), a nie parkowanie kampera i popisywanie się modnymi zajęciami, przerabianymi ku zadowoleniu dziesiątek, całkiem zbędnych aplikacji i ku żenującej, kabotyńskiej autoprezentacji "na forach". Książka natomiast jest owocem, a jednocześnie poradnikiem, prawdziwej turystyki oraz rzeczywistym świadectwem i wzorem do naśladowania w umiłowaniu pięknego kraju. Kraju też minionego, bo jeszcze nie zniszczonego przez fantazmaty ekologiczne, kraju naturalnego, prawdziwego, gdzie dzikość współistniała z polami, łąkami, stawami, lasami... . Czego chcieć więcej? Czy jednak dzisiaj taki rodzaj wypoczynku - by tak rzec: "wypoczynku vintage" - znajdzie naśladowców? Wówczas, gdy powstawała książka, nikt nie mówił o "ekologii", a wszyscy (normalni, nie patologie) żyli i działali normalnie i zdrowo. Dzisiaj dziki ranią i mordują ludzi w miastach, a wbity w obcisłe trykoty i obwieszony miernikami spocony biegacz (wielu płci) przekonany jest, że ćwiczy "prozdrowotnie", bo przebiegł dookoła bloków ileś tam tysięcy kroków (o czym oczywiście niezwłocznie zamieścił relację w sieci). Książka warta zainteresowania, bo jeśli nawet złoty wiek prawdziwej turystyki już nie wróci, to sama lektura książek z tej serii może być miłym relaksem i wypoczynkiem.
57,13 zł
Johann Christian Bach, Symphonies Concertantes Vol. 5
Piąta płyta z cyklu Symfonii Koncertujących Johanna Christiana Bacha nagranego przez orkiestrę The Hanover Band. Nazwa orkiestry wykonującej muzykę klasyczną na instrumentach z epoki bardzo "inkluzywna", "ponad podziałami" epok - tak mogłaby się nazywać równie dobrze orkiestra swingowa, big-band. Zapowiedź radiowa typu: "a teraz wysłuchamy „In the Mood, gra The Hanover Band" nie byłaby takim zaskoczeniem, jak zapowiedź głosząca, że np. „Moonlight Serenade” wykona Maurizio Pollini z towarzyszeniem Wiener Philharmoniker". Ale do rzeczy: na płycie trzy symfonie o numerach katalogowych: C 36a, C 39 i C 40. Solidne, stylowe nagranie.
Zbigniew Galiński, Wda z dopływami
PRL-owski sposób na wakacje i na spędzanie wolnego czasu (ale nie weekendów, bo czegoś takiego wówczas nie było: w PRL-u wolne były tylko niedziele i święta, w soboty trwała normalna nauka i praca - choć w trochę krótszym czasie). Książka powstała w świecie całkiem minionym, bo w PRL-u aktywne spędzanie wolnego czasu oznaczało prawdziwy, aktywny i naturalny wypoczynek (a nawiązując do samej książki: po całym dniu spływu czekał nocleg w namiocie rozbitym gdzieś, na krzywym brzegu, posiłek ze złowionych ryb, usmażonych na ognisku i orzeźwiająca mięta zaparzona z liści zerwanych nad wodą), a nie parkowanie kampera i popisywanie się modnymi zajęciami, przerabianymi ku zadowoleniu dziesiątek, całkiem zbędnych aplikacji i ku żenującej, kabotyńskiej autoprezentacji "na forach". Książka natomiast jest owocem, a jednocześnie poradnikiem, prawdziwej turystyki oraz rzeczywistym świadectwem i wzorem do naśladowania w umiłowaniu pięknego kraju. Kraju też minionego, bo jeszcze nie zniszczonego przez fantazmaty ekologiczne, kraju naturalnego, prawdziwego, gdzie dzikość współistniała z polami, łąkami, stawami, lasami... . Czego chcieć więcej? Czy jednak dzisiaj taki rodzaj wypoczynku - by tak rzec: "wypoczynku vintage" - znajdzie naśladowców? Wówczas, gdy powstawała książka, nikt nie mówił o "ekologii", a wszyscy (normalni, nie patologie) żyli i działali normalnie i zdrowo. Dzisiaj dziki ranią i mordują ludzi w miastach, a wbity w obcisłe trykoty i obwieszony miernikami spocony biegacz (wielu płci) przekonany jest, że ćwiczy "prozdrowotnie", bo przebiegł dookoła bloków ileś tam tysięcy kroków (o czym oczywiście niezwłocznie zamieścił relację w sieci). Książka warta zainteresowania, bo jeśli nawet złoty wiek prawdziwej turystyki już nie wróci, to sama lektura może być miłym relaksem i wypoczynkiem.
54,10 zł
Koszyk
76,16 zł
57,13 zł
54,10 zł